Aktualności - Alumni UJ
Aktualności
Robert Rostek | Ambasador RP w Królestwie Arabii Saudyjskiej, Sułtanacie Omanu i Republice Jemeńskiej

„Zanim ktoś ostatecznie podejmie decyzję o pójściu taką ścieżką kariery, to warto przyglądnąć się od środka, jak wygląda praca w placówce, działanie w terenie, jak funkcjonuje dana ambasada. No i trzeba lubić pracę z ludźmi, to jest wg mnie warunek niezbędny i szalenie istotny z punktu widzenia skutecznej realizacji wyzwań oraz bieżących działań każdej placówki dyplomatycznej i każdego ambasadora. ”
Imię i nazwisko: Robert Rostek
Miejsce zamieszkania: Rijad, Arabia Saudyjska
Stanowisko pracy: Ambasador RP w Królestwie Arabii Saudyjskiej, Sułtanacie Omanu i Republice Jemeńskiej
Ukończony kierunek na UJ: Arabistyka
Wywiad opublikowany w miesięczniku "Alma Mater" (luty 2025 nr 255)
Panie Ambasadorze, jako kierunek studiów wybrał Pan arabistykę. Z czego wynikał ten wybór? Zainteresowania, a może już konkretny pomysł na przyszłą karierę zawodową?
Zastanawiam się zawsze, ile razy zadano mi to pytanie i powiem szczerze, że na pewno sporo, a odpowiedź jest bardzo prozaiczna: tak naprawdę o moim wyborze zdecydował przypadek. Mój przyjaciel, z którym kończyłem studia, zawsze powtarzał, że on poszedł na arabistykę, bo oglądał dużo filmów i podobały się mu się te krzaczki, jak on mówi, czyli literki w napisach. A mnie z kolei do studiów na tym kierunku skłoniła pogoda panująca w krajach arabskich i szeroko rozumiana otwartość Arabów. Trzeba pamiętać, że kiedy ja studiowałem, to były zupełnie inne czasy niż teraz. Naukę zaczynało 14 – 15 osób, a kończyło 7-8. Można powiedzieć, że to były elitarne studia. Nie miałem planu, że idąc na ten kierunek, będę później pracować w dyplomacji. Na pewno chciałem wtedy być pilotem. To jest rzecz, która ciągle za mną chodzi. Niektórzy złośliwi mówią, że gdziekolwiek jestem, to staram się otwierać połączenia lotnicze. I tak na przykład kilka miesięcy temu udało mi się wynegocjować połączenie lotnicze Warszawa – Rijad obsługiwane przez LOT. Wracając jednak do bycia pilotem, w ostatniej chwili zarzuciłem ten temat ze względu na mamę. Wtedy jedyna droga do zostania pilotem, nawet w lotnictwie cywilnym, wiodła przez Wojskową Szkołę Lotniczą w Dęblinie. Po rozmowie z mamą miałem chwilę zawahania i jednak zdecydowałem, że tej drogi nie wybiorę. Ale teraz jako dyplomata, ambasador sporo latam, więc cały czas jakiś związek z lotnictwem jest. W krajach arabskich, w których pracowałem i pracuję, kiedy wspominam o Polsce, możliwościach rozwoju ruchu turystycznego, prowadzenia biznesu, zaraz pada pytanie, jak się tam leci. Na przykład w Katarze podczas podobnych rozmów, kiedy wspomniałem, że trzeba lecieć przez Londyn, Monachium albo inne nieznajdujące się w Polsce lotnisko, kończyło się to zazwyczaj tak, że potencjalni zainteresowani współpracą kończyli swój lot właśnie w mieście, gdzie trzeba było się przesiąść i nie dolatywali do naszego kraju. Dlatego uważam, że bezpośrednie połączenia to znakomite pomosty do budowania współpracy na różnych polach. Otwarcie połączenia z Warszawy do Rijadu było niezwykle trudne, ale teraz jesteśmy stawiani jako wzór, gdyż nasz narodowy przewoźnik czyli LOT, jest drugim po Air China, który obsługuje trasę do Rijadu, nie liczą oczywiście przewoźników arabskich.
Wróćmy jeszcze do czasów studiów. Jak Pan wspomina ten okres?
Pierwszy rok było bardzo trudny, był rokiem odsiewu. Nauka alfabetu arabskiego to nie jest proste zadanie i nie każdy temu sprostał. Ale część osób już wtedy wiedziała, że chcą zostać wykładowcami, część planowała pójście w kierunku tłumaczeń. Ja nie myślałem, o tym by być dyplomatą. Taka myśl pojawiła się na drugim roku. Wysyłano nas na roczne staże. Pani Profesor Elżbieta Górska zgodziła się, bym po powrocie ze stażu zaliczył w ciągu 12 miesięcy zarówno czwarty jak i piąty rok, tak by nie być w Krakowie na studiach dłużej niż pięć lat. Ten staż był przełomowym wydarzeniem, które skierowało Pana w stronę dyplomacji? Na staż studencki pojechałem wraz z kilkoma osobami do Damaszku. Naszym opiekunem był attaché kulturalny polskiej ambasady. Siłą rzeczy, więc, z ambasadą mieliśmy bliski kontakt. Tam miałem możliwość obserwowania pracy między innymi ambasadora i wielu innych pracowników, przekonania się na czym, polega praca w ambasadzie. I rzeczywiście wtedy, zacząłem myśleć o pójściu w kierunku dyplomacji. Po zakończeniu studiów ten pomysł był już bardzo skonkretyzowany. Aplikowałem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zdałem egzamin. Wówczas jednym z wymogów było zaliczenie jeszcze jednego stażu w konsulacie lub ambasadzie. Zostałem skierowany wówczas na dziewięć miesięcy do Konsulatu Generalnego w libijskim Bengazi. Po powrocie do Polski zacząłem pracować w centrali MSZ, a później na placówkach dyplomatycznych. W MSZ przechodziłem przez różne departamenty, nabierałem doświadczenia, a ono w dyplomacji jest niezbędne. Nieocenionym był wspomniany już staż w Bengazi. To była mała placówka, zaledwie dwóch polskich dyplomatów (ale niezwykle doświadczony Konsul Generalny Krzysztof Czapla) oraz kilka miejscowych osób do wsparcia. Tam można było naprawdę wiele się nauczyć, z czego udało mi się skutecznie skorzystać.
Po stażu w Bengazi delegowano Pana już do pracy w ambasadach m.in. w Kairze, Bagdadzie czy Kuwejcie. Pobyt w Bagdadzie zakończył się tuż przed wybuchem II wojny w Zatoce Perskiej, prawda?
Po stażu w Bengazi dostałem propozycję, żeby wybrać, na jaką placówkę chciałbym pojechać, oczywiście w stopniu odpowiadającym moim ówczesnym kwalifikacjom i doświadczeniu, czyli na stanowisko drugiego sekretarza. Ale w międzyczasie, w Departamencie Afryki i Bliskiego Wschodu, zacząłem się zajmować tzw. łącznikowaniem z ambasadą amerykańską. Mieliśmy wówczas ambasadę w Bagdadzie przy której funkcjonowała Sekcja Interesów Amerykańskich. Amerykanie poprosili nas, by reprezentować wówczas ich interesy w stolicy Iraku. Warto podkreślić, że Sekcja Interesów Amerykańskich znajdowała się w budynku zajmowanym wcześniej przez Ambasadę USA w Bagdadzie. Ja właśnie zajmowałem się współpracą z Amerykanami. Później skierowano mnie na placówkę do Egiptu, ale po roku pojawiła się potrzeba powrotu do Bagdadu do wspomnianej właśnie Sekcji Interesów Amerykańskich. Zostałem tam zastępcą szefa tejże Sekcji, niezwykle doświadczonego polskiego dyplomaty, śp. Ryszarda Krystosika, osoby od której bardzo dużo się nauczyłem. W lutym 2003 r. opuściliśmy Bagdad. Nie było tajemnicą, że Stany Zjednoczone przygotowują się do przeprowadzenia, jak to mówili, operacji w Iraku. Ja wróciłem do Polski, a później zostałem poproszony, żeby wesprzeć naszą placówkę w Kuwejcie. Tak się zdarzyło, że z wizytą do tej placówki przyjechał ówczesny mister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz i złożył mi propozycję nie do odrzucenia. Biorąc pod uwagę moje doświadczenie, miałem jechać znowu do Iraku z nowo tworzoną misją prof. Marka Belki. Zamiast miesiąca, o którym mówiono, moja misja trwała dziewięć miesięcy. To także było jedno z najważniejszych doświadczeń w moim życiu. Byłem bowiem asystentem prof. M. Belki i jednocześnie szefem sztabu jego doradców. Pomagaliśmy tam tworzyć zręby nowej administracji Iraku. Pracowaliśmy w dawnym pałacu Saddama Husajna. Był to bardzo niebezpieczny okres, praca w ekstremalnie trudnych warunkach, ale wszystko to dało niezwykle cenne doświadczenia, a co także istotne udało nam się z Iraku szczęśliwie powrócić.
Zebrana wiedza i doświadczenie przyniosły nominację na stanowisko ambasadora.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że takim celem, który powinienem mieć jest objęcie funkcji ambasadora po dziesięciu latach pracy w MSZ. Słuchając tego trochę się dziwiłem, bo jednak w tamtych czasach, kiedy zaczynałem pracę, takie stanowisko obejmowały osoby mające określony wiek. Ja miałem dopiero 37 lat, kiedy razem z dwoma innymi młodymi dyplomatami dostałem nominację wyjazdu do Dohy, gdzie objąłem stanowisko chargé d’affaires/szefa misji, której celem było stworzenie w ciągu roku ambasady, z planem ‘objęcia w tej nowo utworzonej placówce stanowiska ambasadora. Takich trzech młodych ludzi żegnał, wręczając nominacje w MSZ, minister Radosław Sikorski. Wyzwania postawione przed nami były bardzo duże. Łatwo nie było, ale udało się wszystkiemu sprostać. Moja misja w Katarze przedłużyła się do prawie ośmiu lat. Nie dlatego, że o mnie zapomniano, ale bardzo dużo rzeczy się działo. Nieskromnie powiem, że miałem na przykład duży udział w tym, iż Polska jest zabezpieczona energetycznie w postaci dostaw skroplonego gazu do terminalu LNG w Świnoujściu. To była bardzo trudna sprawa, ale zwieńczona ważną inwestycją. Mam plan, aby opisać tę historię kiedyś w książce. Każdy biznesmen, który chce prowadzić działania w krajach arabskich musi pamiętać, że tu niezwykle istotne są kontakty osobiste, które z reguły rozwija się długo. Nie jest tak jak w Europie, że posiadając pewną paletę kontaktów możemy przekazać je wybranej osobie automatycznie, pozwalając niemalże z marszu działać. Tutaj trzeba pewne rzeczy wychodzić samemu, nie można tego nikomu ani przekazać czy wymusić na lokalnych kontaktach, by zrobili to sami. Ważne jest, że to właśnie Ciebie tu znają i z Tobą chcą rozmawiać. Takie relacje buduje się bardzo długo. Jeśli w ten region wyśle się nową osobę, to tak naprawdę zaczyna ona od zera. Kontakty musi budować na nowo. Takim przykładem „wychodzenia” pewnych przedsięwzięć jest choćby sprawa połączenia lotniczego Doha – Warszawa. Rozmowy trwały bardzo długo, po czterech latach prezes Qatar Airways powiedział: Dobrze, będziemy latać do Warszawy. Później, będąc w Dubaju, udało mi się również doprowadzić do powstania połączenia z Dubaju do Krakowa, którego operatorem jest Fly Dubai.
Wspomniał Pan o zadaniu, które Pan otrzymał wyjeżdżając do Dohy, czyli otwarcie tam polskiej ambasady. Jak się otwiera ambasadę? To zapewne niezwykle trudne logistycznie przedsięwzięcie?
Nie chciałbym już niczego otwierać (śmiech). To nie jest tak, jak może się wydawać, że znajduje się willę, wolno stojący obiekt, który by się nadawał i koniec. To jest cała masa kwestii logistycznych, kwestii bezpieczeństwa i różnych innych, które muszą być spełnione, by proces uruchomienia placówki mógł być dopełniony. Od momentu wizytacji wybranego obiektu, podjęcia decyzji o takiej a nie innej lokalizacji do samego otwarcia minęło kilka miesięcy. Tak jak wspomniałem, nie chciałbym już niczego otwierać, bo to bardzo złożony proces. Podobno łatwiej się zamyka (śmiech).
Aktualnie pracuje Pan w Arabii Saudyjskiej, ale reprezentuje Pan RP także w Omanie i Jemenie.
Tak, jestem akredytowanym ambasadorem w Sułtanacie Omanu i w Republice Jemeńskiej. W obu krajach złożyłem listy uwierzytelniające. Większym wyzwaniem, z uwagi na sytuację w kraju, był Jemen. Mogłem tam polecieć, ponieważ z Rijadu realizowane są połączenia do tymczasowej stolicy, czyli Adenu. W Jemenie mamy misję humanitarną prowadzoną przez Caritas Polska i w czasie mojej wizyty w tym kraju, spotkałem się też z przedstawicielami tejże misji. Natomiast jeśli chodzi o Oman, byłem tam pierwszym ambasadorem od dwóch kadencji. Poprzedni ambasador nie złożył listów uwierzytelniających ze względu na pandemię COVID-19. W Omanie staram się być przynajmniej raz w miesiącu, wykorzystując te wizyty do spotkań zarówno oficjalnych jak i spotkań np. z Polonią przebywającą w tym kraju.
Jak wygląda Pana codzienna praca? Czy specyfika regionu, w którym Pan przebywa sprawia, że wygląda ona inaczej niż praca ambasadora np. w Europie?
Mój syn kiedyś zapytany, czy wie, czym zajmuje się jego tato, odpowiedział, że tato pije kawę i czyta gazety (śmiech). Bardzo często zdarzało mu się widzieć mnie właśnie w godzinach porannych przy „prasówce”, którą rzeczywiście codziennie robiłem. Ale, oczywiście, moja praca wykracza daleko poza kawę i lekturę gazet, a teraz może już nie gazet tylko portali informacyjnych. Generalnie praca tutaj jest podobna do pracy ambasadorów w innych rejonach świata. Natomiast, to co wyróżnia tutejsze działania to, o czym już wspomniałem, stawianie na bliskie relacje osobiste, budowanie ich i dbanie o nie. Praca w dyplomacji to praca w trybie dziennym i wieczornym. Praktycznie codziennie odbywają się uroczyste przyjęcia z okazji świąt narodowych, koncerty, wykłady, przyjazdy delegacji zagranicznych, czy inne podobne wydarzenia, kiedy ten czas pracy jest bardzo różny. Trzeba to lubić. Nie jest to praca od do. Teoretycznie 8.15 – 16.15 - to są oficjalne godziny pracy MSZ i placówek dyplomatycznych, ale rzadko kiedy pracując w Warszawie zdarzyło mi się wyjść do domu o 16.15, nie mówiąc już o pracy w placówce, gdzie ten czas jest ruchomy. Nie mogę, jak mogłoby się wydawać, np. wyłączyć po szesnastej telefonu. Mogę odpoczywać, ale w każdej chwili muszę być gotowy do akcji.
Porozmawiajmy o samej Arabii Saudyjskiej. Jeszcze kilkanaście lat temu ten kraj był bardzo zamknięty. Ruch turystyczny praktycznie nie istniał, ale w ostatnim czasie wiele się zmieniło, prawda?
Po raz pierwszy byłem służbowo w Arabii Saudyjskiej w 2008 r., jeszcze jako ambasador RP w Katarze. To był zupełnie inny kraj. Rzeczywiście był bardzo zamknięty. Nie istniało coś takiego jak wiza turystyczna. Kiedy przygotowywaliśmy ten wspomniany przyjazd, było to bardzo duże wyzwanie. Zgodę na przybycie musieliśmy procedować przez różne saudyjskie ministerstwa. Teraz proces aplikowania o wjazd na teren Arabii Saudyjskiej zajmuje kilka minut. W całym kraju zmienia się infrastruktura. Wspomniałem już o możliwości bezpośredniego lotu z Warszawy do Rijadu. Lotnisko w Rijadzie rozpoczęło już intensywne działania nad unowocześnieniem stosownej infrastruktury. Dość powiedzieć, że docelowo ma tu być sześć pasów startowych dla samolotów. Kilka tygodni temu, wreszcie po 10 latach budowy, otwarto w stolicy metro, najdłuższe na świecie operujące zdalnie tzn. bez motorniczych. Warto odnotować, że wagony do jednej z linii (fioletowa) budowano w Polsce w Katowickiej Strefie Ekonomicznej.
W 2034 roku w Arabii Saudyjskiej mają odbyć się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Zapewne będzie to doskonała okazja do pokazania, jak zmienia się kraj?
Miałem okazję obejrzeć projekty stadionów i elementów infrastruktury związanej z organizacją imprezy, które mają powstać bądź zostać przebudowane. Na 500 punktów, które może dostać kraj ubiegający się o organizację mundialu, saudyjski projekt został oceniony najwyżej w historii, na bodajże 419 punktów. Organizacja tego wydarzenia z pewnością przyniesie wymierne efekty promocyjne. A w Arabii Saudyjskiej naprawdę jest co zobaczyć. Niedaleko Rijadu, kilkadziesiąt minut jazdy samochodem, są unikalne w światowej skali klify skalne z angielska nazywane Egde of the World. Coraz większą popularność zdobywa przypominająca jordańską Petrę miejscowość Al-Ula. Budowane są nad Morzem Czerwonym saudyjskie Malediwy. Tempo rozwoju kraju może obrazować powiedzenie Saudyjczyków, iż rok pracy w tym kraju to jak pięć lat pracy w innych krajach regionu. I ja się z tym zgadzam, obserwując to już od ponad półtora roku. Powszechnie utarło się powiedzenie, że Rijad to taki Dubaj na sterydach w sensie zakresu i dynamiki nowych projektów.
Jakie są przed Panem największe wyzwania w trakcie pracy w Arabii Saudyjskiej?
Na pewno stałym wyzwaniem jest przybliżanie obu krajów, czy to w sferze gospodarczej, czy to w sferze wzajemnego otwarcia na siebie. Cały czas staram się zachęcać, by Saudyjczycy bywali w Polsce. Mam zgodę na to, by towarzyszyć oficjalnym delegacjom, które wybierają się do naszego kraju i przedstawiać im Polskę. Te pierwsze kontakty są niezwykle ważne, mogą one w bardzo dużym stopniu przyczynić się do zacieśniania współpracy pomiędzy oboma państwami.
Jeśli ktoś chciałby podążyć Pana ścieżką kariery, pracować w dyplomacji, co by Pan poradził takiej osobie, która dopiero zaczyna karierę zawodową? Co jest najważniejsze?
Języki, oczywiście, są bardzo istotne. Znajomość języka to na pewno doskonałe narzędzie do komunikacji. Ale w dyplomacji trzeba przede wszystkim lubić także inne wyzwania. Bo to nie jest tak, że pracuje się w jednym miejscu. Raz jest to praca w centrali, innym razem praca w placówce. Trzeba umieć przystosować się do różnych warunków. Praca ta daje jednak niesamowitą satysfakcję i możliwości inicjowania różnych projektów. Jak wszędzie potrzebne jest też szczęście to tego, aby znaleźć się w dobrym czasie i w sprzyjających okolicznościach, aby projekty pomiędzy Polską a państwami urzędowania dało się zrealizować. Pełnią szczęścia i niezwykłą satysfakcją jest sytuacja. kiedy te projekty udaje się zrealizować za kadencji urzędującego ambasadora. Warto przyglądać się stażom, które oferują ambasady w całym świecie. Zazwyczaj obwarowane są one różnymi warunkami, jednak jeśli ktoś jest zainteresowany podobną karierą, to gorąco rekomenduję taki pobyt w ambasadzie. Zanim ktoś ostatecznie podejmie decyzję o pójściu taką ścieżką kariery, to warto przyglądnąć się od środka, jak wygląda praca w placówce, działanie w terenie, jak funkcjonuje dana ambasada. No i trzeba lubić pracę z ludźmi, to jest wg mnie warunek niezbędny i szalenie istotny z punktu widzenia skutecznej realizacji wyzwań oraz bieżących działań każdej placówki dyplomatycznej i każdego ambasadora. Ważna jest też odporność na stres, bo bywają sytuacje, kiedy jego poziom jest bardzo wysoki.
