Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Aktualności

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Link do LinkedIn

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Link do Facebooka

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Historie absolwentów: Dawid Zyskowski

Historie absolwentów: Dawid Zyskowski

"Socjologia otworzyła mi głowę, pokazała, że w życiu trzeba być odważnym. Nie możemy jedynie powtarzać utartych schematów trzymając się kurczowo często przebrzmiałych paradygmatów. Przecież świat stale się zmienia. Jest dynamiczny i niejednorodny. Socjologia pokazała mi, że czasami trzeba je podważać, dała mi przestrzeń do myślenia, do samouświadomienia, do poszukiwania, do inspirowania."

  • Imię i nazwisko: Dawid Zyskowski
  • Miejsce zamieszkania (miasto, kraj): Kraków, Polska
  • Stanowisko: Dyrektor ds. Sprzedaży Detalicznej w New Balance Poland
  • Ukończony kierunek studiów( na UJ): Socjologia

Panie Dawidzie, podjęcie pracy dla takiej marki jak New Balance miało coś wspólnego z Pana zainteresowaniami sportem, czy zdecydowały o tym zupełnie inne powody? 

W tamtym czasie sport nie miał nic z tym wspólnego. Zwłaszcza, że kiedy zaczynałem pracę dla New Balance, ta marka w Polsce prawie nie była znana, choć to jedna z najstarszych marek sportowych na świecie. Jej początki sięgają roku 1906. Ja związałem się z New Balance w roku 2006. Marka dopiero od kilku lat funkcjonowała w naszym kraju i to bez rozwiniętej sieci detalicznej. W Galerii Kazimierz otwarto wówczas pierwszy w Krakowie a drugi w Polsce sklep i właśnie w tym sklepie dostałem pracę. Wiążą się z tym zabawne, z perspektywy czasu, anegdoty. Mieliśmy obok sklepy innych znanych marek sportowych. Klienci wchodzili do nas, byli zachwyceni obsługą, technologią, no i podchodzili do kasy, widząc nasze logo na produktach i pytali, czy to nie jest ta inna marka na „N”, gdzie jest „łyżwa”? A kiedy okazywało się, że to nie jest ta firma na „N”, potrafili zrezygnować z zakupów, mimo tego, że byli, jak wcześniej wspomniałem, zachwyceni designem, komfortem i jakością. Z czasem jednak wiele osób zaczęło przekonywać się do naszej marki, choć nie było jeszcze wielkiego marketingu. Był tylko mały dystrybutor, który ma do dziś siedzibę w Rzeszowie. W „morzu rekinów”, w postaci konkurencji, będących na rynku polskim od wielu lat, musieliśmy się przedrzeć z marką, która była globalna, ale w Polsce jeszcze nierozpoznawalna.

Wracając do moich początków w New Balance. Zdałem maturę w maju 2006 r., a w czerwcu już zacząłem pracę we wspomnianym sklepie. Byłem zachwycony. W tamtych czasach, kiedy nie było jeszcze wielu galerii handlowych, a sklepy raczej funkcjonowały „przy ulicach”, znalezienie pracy w takim miejscu dla osoby bez doświadczenia graniczyło z cudem. W tamtych czasach zaczynało się od ulotek, jak ktoś miał szczęście to od pracy w dobrej restauracji.

Szybkie podjęcie pracy wynikało m.in. z tego, że już wtedy potrzebowałem się sam utrzymywać. Zależało mi na niezależności i budowaniu własnego doświadczenia, dzięki któremu szybciej mogłem się rozwijać i potencjalnie awansować. Tworzyłem, i robię to do dziś, swoją autonomiczną historię podążając w życiu drogą na swoich zasadach. To jednak też wiązało się z tym, że nie mogłem z tej pracy zrezygnować, wybrałem więc studia zaoczne. Można było aplikować na kilka uczelni. Problem polegał na tym, że idąc na studia zaoczne, trzeba było na tych wszystkich wybranych uczelniach wpłacić zaliczkę. Wybrałem m.in. Uniwersytet Jagielloński, z oczywistego dla mnie powodu, bo to najlepsza uczelnia w naszym kraju i moim rodzinnym Krakowie. Oczywiście nie miałem pewności, że dostanę się na UJ i złożyłem dokumenty jeszcze na dwie inne uczelnie. Dostałem się na wszystkie.

Dlaczego ostatecznie wybrał Pan socjologię na UJ?

Aplikowałem również na psychologię, ale wtedy była ona jedynie na studiach dziennych. Ja, niestety, nie mogłem pozwolić sobie na rezygnację z pracy. Musiałem pogodzić pracę i studia, na czym bardzo dobrze ostatecznie wyszedłem, choć pierwsze lata były bardzo kiepskie. Socjologię można było studiować zaocznie. Myślałem o tym kierunku już wcześniej i chciałem go studiować wyłącznie na UJ. Kiedy otrzymałem informację, że dostałem się na te studia, były to moje pierwsze tygodnie w pracy. Ja się wtedy ze szczęścia rozpłakałem. Klienci, którzy byli w sklepie zapytali, czy wszystko jest w porządku. Odpowiedziałem, że jak najbardziej, dostałem się na swoją wymarzoną uczelnię i nie mogę w to, po prostu, uwierzyć.

To był zapewne jeden z tych momentów związanych z początkiem studiów, którego nigdy Pan nie zapomni. Na pewno podobnych wspomnień jest więcej.

Zawsze wspominam zajęcia z panią, wówczas z tytułem doktora, Małgorzatą Leśniak, wspaniałą osobą, która w niekonwencjonalny sposób przedstawiała prezentowane nam zagadnienia. Prowadziła, oprócz zajęć dydaktycznych, wiele spotkań dla studentów myślących nieszablonowo, niebojących się wyrażać swoich, często niepopularnych wtedy, poglądów i opinii. A ja pokory nigdy nie miałem za wiele (śmiech). To była jedna z osób, dzięki której Uniwersytet dał mi albo nauczył mnie, opisywania rzeczywistości w sposób odważny, zgodny z własnymi wartościami i przekonaniami. To jest absolutnie największa wartość, którą zdobyłem dzięki UJ-otowi, dlatego, że trafiłem na takie osoby jak wspomniana pani dr Leśniak oraz moja wspaniała promotorka pani prof. Krystyna Slany, ale także i wielu innych nauczycieli akademickich, którzy uczyli nas w tamtych latach. To były i są wielkie intelektualne ikony swoich czasów.

W jaki sposób wykorzystuje Pan swoje wykształcenie w pracy? Socjologia nadal jest obecna w Pana życiu zawodowym? 

Oczywiście, że tak. Cały czas wykształcenie jest bardzo przydatne. Zawsze warto wybrać sobie taki kierunek studiów, który koresponduje z naszą osobowością. Ja jestem ekstrawertyczny, otwarty, lubię kontakt z ludźmi. Lubię być też introwertykiem, kiedy potrzebuję odpocząć. Ale to dla balansu. Teraz jestem odpowiedzialny w swoim dziale za grupę 400 osób. Socjologia, jak już wspomniałem, nauczyła mnie myślenia nieszablonowego, pozwoliła mi być bardziej empatycznym, pokazała mi jak komunikować się z ludźmi w różnych trudnych sytuacjach.

Ludzie nie są robotami, potrzebują czuć, że ktoś jest autentyczny. Każdy człowiek chce, by druga osoba zrozumiała jego potrzeby. Trzeba to wiedzieć, żeby być liderem. Każdy dobry szef, czy każdy dobry lider, co nie jest jednoznaczne, zna potrzeby swojego teamu, swoich pracowników ale i zna potrzeby swoich konsumentów. Wtedy może je realizować. Wtedy też może być liderem, bo menedżerem może być każdy. Dzisiaj jest wielu menedżerów, ale prawdziwych liderów nie znam za wielu. Bycie liderem to jest stanie nie tyle przed, co za swoimi pracownikami. To właśnie oni są na pierwszej linii kontaktu z konsumentami, klientami czy pacjentami. W tych kontaktach często spotykają się z wieloma trudnościami, które należy rozwiązać i lider nie tylko wyznacza kierunek, jak to zrobić, ale przede wszystkim inspiruje do tego, by chcieli sami znaleźć najlepszy sposób na problem, z którym się spotkali.

Socjologia otworzyła mi głowę, pokazała, że w życiu trzeba być odważnym. Nie możemy jedynie powtarzać utartych schematów trzymając się kurczowo często przebrzmiałych paradygmatów. Przecież świat stale się zmienia. Jest dynamiczny i niejednorodny. Socjologia pokazała mi, że czasami trzeba je podważać, dała mi przestrzeń do myślenia, do samouświadomienia, do poszukiwania, do inspirowania. Niejednokrotnie błądziłem ale to też jest ważny element samorozwoju.

Obecnie jest Pan Dyrektorem ds. Sprzedaży Detalicznej na Polskę w New Balance. Ścieżka Pana kariery to z jednej strony klasyczny przykład pokonania w jednej firmie kolejnych stopni awansu, z drugiej jednak w dzisiejszych czasach nieczęsty przypadek przywiązania do jednego pracodawcy. 

To prawda. Stanowisko, o którym Pan wspomniał, zajmuję od 10 lat. A z kolei w tym roku minie 17 lat, od momentu, kiedy związałem się z New Balance. Najpierw przez trzy miesiące byłem sprzedawcą, później przez 7 lat byłem kierownikiem sklepu. Pewnego dnia przyjechało do sklepu dwóch moich prezesów. Pomyślałem sobie, co ja takiego zrobiłem, że aż tak się fatygowali. A oni złożyli mi ofertę. Zamiast prowadzić jeden sklep, miałem stworzyć i poprowadzić całą sieć sklepów w Polsce. Pomyślałem, że zwariowali. Podjąłem wtedy to wyzwanie tylko dlatego, że nie miałem doświadczenia i nie wiedziałem, co mnie czeka. Na szczęście!

Przeskoczyłem trzy szczeble awansu bez doświadczenia. Nie wszystkim się to podobało. Z perspektywy czasu, gdybym wiedział, ile mnie to będzie kosztowało, nie wiem, czy bym się zdecydował. Ale na moje szczęście - nie wiedziałem, więc podjąłem to wyzwanie i się udało. To był bardzo wymagający dla mnie okres w życiu. Mieliśmy otworzyć sklep w Warszawie w Galerii Mokotów, za dwa tygodnie, z projektantką, projektowaliśmy sklep w Arkadii, a za trzy tygodnie miałem otworzyć sklep w Gdańsku w Galerii Bałtyckiej. W tym czasie trzeba było też jeść, spać, przemieszczać się, negocjować umowy, zrobić rekrutacje, zatrudnić ludzi, zrobić im onboarding, nauczyć ich narzędzi pracy i zarządzać tym wszystkim, żeby po drodze coś się nie rozsypało. Nie mieliśmy wtedy tylu ludzi co teraz. Nie było rozwiniętych działów. Trzeba było działać w takich a nie innych realiach. To był okres, kiedy moi szefowie przekazali mi pewną wartość, której ja dzisiaj wymagam od swoich współpracowników. I mówię o niej jako o pierwszej. Chodzi o zaufanie. Oni mieli do mnie zaufanie. Wiedzieli, że jak mi nie wychodzi, to mi nie wychodzi. Zdawali sobie sprawę,  że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy na poziomie swoich kompetencji, żeby jednak dane zadanie wykonać.

Tak jak powiedział Winston Churchill : Jak idziesz przez piekło, to się nie zatrzymuj. Ja w tym momencie swojego życia, czułem się jak mój imiennik Dawid w walce z Goliatem, czyli wielki biznes, wielkie oczekiwania, wielki świat, różne potrzeby pracowników i ja - młody dwudziestoparolatek bez doświadczenia, który ma zbudować korporację, ale też stworzyć autorytet w rozmowie z firmami, w rozmowie z galeriami, w rozmowie z pracownikami. Porażek miałem cały worek, może nawet więcej niż sukcesów, ale w duży biznes jest wpisane pewnego rodzaju ryzyko. I dzisiaj, jak idę przez obojętnie jakie miasto w Polsce, mam ogromną satysfakcję, bo nie zdarza mi się, żebym nie zobaczył kogoś w butach New Balance. A to jest efekt tej pracy.

Jak dzisiaj ona wygląda? Na pewno pracuje mi się wygodniej. Mam wspaniałych menedżerów, którzy są liderami i którzy, podobnie jak ja, wyszli ze sklepów, przeszli ścieżkę od sprzedawcy do swojego obecnego stanowiska. Mamy też różne działy, których wcześniej nie było. Jest chociażby dział HR, który powstał kilka lat temu i jest niesamowitym wsparciem. Prowadzimy rekrutację opartą na wartościach. Ja w pracownikach, których rekrutuję, szukam wartości, które są dla mnie ważne. Możemy się różnić w poglądach, w doświadczeniu, itp., ale wartości podstawowe mamy wspólne. Wszyscy jesteśmy lojalni, zaangażowani, uczciwi i mamy do siebie zaufanie. Ja na rekrutacji zawsze powtarzam jedną rzecz: Nie interesuje mnie, jakie umowy ze sobą podpiszemy, jakie zobowiązania, dla mnie najważniejszą rzeczą jest jedna sprawa, że będziemy sobie ufać. Ja z założenia ufam tobie i ty z założenia ufasz mnie, będziemy robić wszystko, żeby tobie się udało, bo jeśli tobie się udaje, to i mnie się udaje.

Czy wewnętrzna ścieżka awansów opiera się właśnie na wartościach, o których Pan wspomniał?

70 procent awansów w naszej firmie, to są awanse wewnętrzne. Oparte są na tych trzech wartościach, o których wspomniałem, czyli na LUZie: Lojalność, Uczciwość i Zaangażowanie. Oczywiście, poza tym muszą być również kompetencje. Ale jeśli kandydat uosabia takie wartości, o których wspominałem wyżej, to ja podejmuję ryzyko i wybieram takiego kandydata w przeciwieństwie do kandydata, który ma naprawdę nieskazitelne CV i doświadczenie, ale nie prezentuje wartości takich, które kompletnie z wartościami moimi i naszej spółki nie korespondują. Zdaję sobie sprawę,  że w takim przypadku muszę w procesie onboardingu więcej popracować, żeby rozwinąć u danej osoby te talenty i kompetencje, które są jeszcze uśpione, ale jak ktoś jest zaangażowany i lojalny, to sobie ze wszystkim poradzi.

Wspominaliśmy o tym, że aktualnie wiele młodych osób zaczynających dopiero swoją karierę zawodową często zmienia pracę, firmę, instytucję. Pana przykład jest zgoła odmienny. Czy w ogóle można powiedzieć, że związanie się z jedną organizacją jest w jakiś sposób lepsze bądź gorsze od nabierania doświadczeń czy pracowania w różnych firmach, instytucjach? 

To zależy od firmy i od pracodawcy. Gdyby firma, w której pracuję, kiedykolwiek potraktowała mnie nieuczciwie, nielojalnie, to złożyłbym wymówienie. Dlatego, że jestem wolnym człowiekiem, decyduję o sobie sam i ż żadną instytucją nie wziąłem ślubu. Tymczasem pracuję tutaj tyle lat, bo moje zaufanie do tej firmy w najtrudniejszych momentach nigdy nie było podważone. Były okresy bardzo trudne, były takie, które wymagały wielu kompromisów. Jedną z takich sytuacji były lockdowny. W jawnych wyborach kolektywnie zostałem nominowany na przedstawiciela pracowników całej naszej spółki, co wiązało się z ogromną odpowiedzialnością za przetrwanie, w tym czasie, każdej jednej zatrudnionej u nas osoby. To było dla mnie kolejne precedensowe wyzwanie. Podszedłem do tej funkcji bardzo osobiście. W czasie całkowitego zamknięcia nie zwolniliśmy ani jednego, lojalnego pracownika, aktywnie pracującego na stałej umowie. Pracownicy widzieli, jak z wielu sąsiadujących z naszymi salonami sklepów zwalniano z dnia na dzień, a później, po lockdownie, od razu rekrutowano. My tego nie zrobiliśmy. To było ryzyko, które podjęliśmy. Mogło dojść do tego, że spółkę trzeba będzie zamknąć. Ale przetrwaliśmy. Zresztą do dziś w naszej firmie pamięta się o wielkim kryzysie z lat 30-tych XX wieku, który również, jako firma, przetrwaliśmy. A firma to ludzie. Dzięki pewnemu etosowi  jesteśmy po prostu silniejsi niż byliśmy do tej pory - nie słabsi. Jeszcze jedna rzecz. Fluktuacja w naszej firmie oscyluje wokół 5% rocznie. To się w handlu nie zdarza, jak ktoś utrzymuje fluktuację w handlu poniżej wartości dwucyfrowej, to mówi, że jest dobrze. To też pokazuje pewne założenia i przestrzeganie pewnych wartości przez pracowników naszej spółki. Jeśli utożsamiam się z jakimiś wartościami i te wartości są przestrzegane, to nie zmieniam firmy, nie szukam innych możliwości, bo czuję, że to jest właściwe dla mnie miejsce, w którym z jednej strony czuję się bezpiecznie, a z drugiej mogę się cały czas rozwijać i realizować. Pamiętajmy też, że idealne firmy nie istnieją, tak jak nie ma idealnych ludzi. Ważne jest jednak, jakie nam przyświecają intencje w najbardziej kryzysowych momentach, a te zazwyczaj wynikają z osobistych wartości.

Jakie są teraz największe wyzwania przed Panem?

Trzymanie wysokiego poziomu sprzedaży i rozwój firmy. Im firma bardziej rozwinięta to miesięczne koszty utrzymania są większe. Koszty stałe mediów, wynagrodzenia pracownicze, czynsze w galeriach; jest to naprawdę ogromne wyzwanie. Żeby utrzymywać odpowiedni poziom obrotów firmy potrzeba przede wszystkim cały czas słuchać konsumenta i pracownika. Taka pozycja, którą dziś mamy, z której jesteśmy oczywiście dumni, jest okupiona ciężką, bardzo ciężką pracą. Jesteśmy dumni z naszej pozycji, ale mamy w sobie wiele pokory, bo wiemy, ile nas to kosztowało, wiemy, że to, gdzie jesteśmy, nie wzięło się znikąd.

Czym dla Pana jest sukces?

Dla mnie sukces jest wtedy, kiedy wieczorem kładę się spać i jestem spokojny. O nic się nie martwię. Kiedy mam czyste sumienie, nie mam mętliku w głowie, nie myślę z obawą o dniu jutrzejszym. Jeżeli z takim spokojem kładę się spać, mam poczucie dobrze wykonanej pracy, dobrze prowadzonego życia, dobrze się czuję, jestem zdrowy, jestem szczęśliwy, wiem, czego w życiu potrzebuję, czego chcę i dokąd zmierzam, ludzie mi ufają, staram się spełniać swoje marzenia, nie robię nic na wyrost - to jest dla mnie definicja sukcesu. A to na co nie mam wpływu – odpuszczam.

Co mógłby Pan poradzić młodym ludziom, którzy zaczynają dopiero karierę zawodową?

Każdy w życiu ma swoją drogę, ale jedno mogę powiedzieć na pewno. Jeśli ktoś zaczął studiować na UJ-ocie, to niech nie rezygnuje. Wielu moich dawnych znajomych po wejściu Polski do UE rzuciło studia i wyjechało na Wyspy Brytyjskie. Wysyłali mi pocztówki, zdjęcia, jak im się dobrze żyje. Też myślałem o tym. Ale zostałem i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że najnormalniej w świecie byłoby mi wstyd, wyłącznie przed samym sobą, że zacząłem studia i ich nie skończyłem. Wykształcenie może nie jest najważniejsze, ale w wielu przypadkach jest bardzo potrzebne. Dla mnie to, że mam skończone studia jest istotne i to wykształcenie w dużej mierze przyczyniło się do mojego awansu.

Kiedyś rekrutowałem na stanowiska menedżerów sklepów. Moim oczekiwaniem było, że każdy kandydat ma maturę. I to nie z tego powodu, że może wie więcej, ale na pewnych etapach życia pewne sprawy trzeba po prostu załatwić, jeżeli chce się być autorytetem odpowiedzialnym za innych. To jest tego jedna ze składowych. Nikt, kto z pasją skończył uczelnię wyższą nie powie, że to nie ma w życiu znaczenia. Przeciwne argumenty zazwyczaj słyszę tylko od tych, którzy tego nie zrobili. Oczywiście nie oceniam nikogo, a tym bardziej nie wartościuję, bo ludziom życie różnie się układa, choć sami o sobie powinniśmy stanowić, jeżeli chcemy mieć władzę nad swoim losem. Tym samym daję sobie prawo do własnego w tym zakresie myślenia, potwierdzonego własnym doświadczeniem. To jest tak jak przeczytanie „Pana Tadeusza”, najdalej w szkole średniej. Jak się wtedy tego nie zrobi, to już nigdy się do niego nie wróci i nie zapamięta żadnego błyskotliwego cytatu. Nie pójdzie się też na sztukę „Dziadów” do teatru, bo na różnych poziomach, po prostu, się jej nie zrozumie. Między innymi z tego powodu polecam skończyć uczelnię, polecam skończyć UJ, bo szkoła szkole nie równa. Gdybym zrezygnował wtedy, kiedy dostawałem te pocztówki m. in. z Wielkiej Brytanii, nie wiem, gdzie bym był dzisiaj, może też bym coś zdobył na Wyspach, ale większość moich przyjaciół z tamtego okresu, do Polski wróciła i de facto zaczynała od nowa.

Czasami warto też słuchać rad, ale i tak należy zrobić po swojemu. Każdy, kto daje rady, ma dobre intencje, ale to jest jego doświadczenie, a my czasami trafimy na takie sytuacje, w których czyjeś doświadczenie może się nie sprawdzić. Inaczej jest przeczytać książkę o wyjeździe dookoła świata, inaczej jest po prostu „wsiąść w autostop” i cały świat dookoła przejechać. Dlatego trzeba wybrać własną drogę i nabierać własnych doświadczeń. Już od studiów. Warto iść do pracy i studiować równolegle, spróbować swoich sił, żeby nie tracić czasu, bo nie mamy na niego wpływu na tym ziemskim świecie, a biegnie relatywnie szybko i potrafi nagle się skończyć. Wsiadamy do autostopu nazwanego „moje życie” i tam każde doświadczenie, nawet jak nas boli, to jest dla nas zawsze bardzo wnoszące, bo to co boli, zapamiętujemy do końca życia i tworzy naszą tożsamość. Pamiętajmy o tym, że mamy prawo do popełnienia błędów. Jeżeli w ogóle coś takiego jak błąd istnieje. Byle ich nie popełniać dwa razy. Jak go popełnimy raz, wyciągniemy wnioski, zrobimy w przyszłości inaczej, to świetnie, bo to znaczy, że się rozwijamy.

W swoim bagażu mam jeszcze dziesiątki anegdot i opowieści - nie wszystkie wypada tu jednak przytoczyć (śmiech). Być może jednak nadarzy się okazja, by spotkać się ze studentami i podzielić się z nimi moim doświadczeniami.

Polecamy również
Historie absolwentów: Bartłomiej Telejko

Historie absolwentów: Bartłomiej Telejko

Otwarty nabór na płatny staż naukowy 2024 w Joint Research Centre (Komisja Europejska)

Otwarty nabór na płatny staż naukowy 2024 w Joint Research Centre (Komisja Europejska)

Historie absolwentów: Piotr Bankowicz

Historie absolwentów: Piotr Bankowicz

Historie Absolwentów: Damian Szot

Historie Absolwentów: Damian Szot