Wywiady - Alumni UJ
Aktualności
Historie absolwentów: Maciej Makselon

„Sam faktycznie zawsze staram się robić to, co lubię. Ale też chciałbym, aby to wybrzmiało: praca stanowi około 80 procent mojego życia. Jeśli więc ktoś zamierza podjąć takie wyzwanie, warto, by zastanowił się, czy chce, aby tak wyglądało to w jego przypadku.”
Imię i nazwisko: Maciej Makselon
Miejsce zamieszkania: Warszawa, Polska
Stanowisko pracy: Komparatysta, redaktor literacki, wykładowca akademicki, popularyzator wiedzy o języku polskim
Ukończony kierunek na UJ: Komparatystyka literacka
Fot. Anna Wojnar
Wywiad opublikowany w miesięczniku "Alma Mater" (październik 2025 nr 258)
Czy miłość do literatury była Pana miłością od pierwszego przeczytania, czy dojrzewała? Bo nie da się ukryć, że literaturę umiłował Pan sobie szczególnie i ona cały czas jest obecna w Pana życiu?
Literatura rzeczywiście była moją miłością od lat szczenięcych, choć uczucie narodziło się w okolicznościach niesprzyjających – babcia nie sparzyła jajek, co skończyło się tym, że wraz z bratem wylądowaliśmy w szpitalu z zakażeniem salmonellą. Ja miałem lat 7, brat 17. I w kontekście przebywania 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu w pomieszczeniu szpitalnym ta różnica wieku była dla starszego brata problematyczna. Finalnie popchnęła go do kroków drastycznych – w celu ograniczenia mojej aktywności „poczęstował” mnie Hobbitem. Przepadłem. A rodzina nie pomagała mi z tego nałogu wyjść. Ojciec na ósme urodziny kupił mi Władcę pierścieni. Warto dodać, że później bardzo często podsuwał mi lektury nie do końca adekwatne do wieku. Na przykład, gdy miałem 10 lat i wyjechaliśmy na wakacje, dostałem od niego do czytania Kubusia Fatalistę i jego pana. Gdy skończyłem lat 13, podsunął mi Lolitę. Było to podejście – powiedziałbym – oryginalne.
W liceum wybrałem klasę humanistyczną i dodatkowo zafascynowałem się filozofią. Przez moment myślałem, że pójdę właśnie w tym kierunku. Nawet dostałem się studia na Wydziale Filozoficznym, ale zrezygnowałem z nich po jednym semestrze. Okazało się bowiem, że choć filozofia mnie interesuje, to jednak bardziej w kontekście literatury. I tak trafiłem na Wydział Polonistyki UJ, na komparatystykę literacką.
Dlaczego akurat taki kierunek?
To może nie zabrzmi najlepiej, ale z pobudek hedonistycznych. Wtedy nie myślałem o przyszłości, a studia traktowałem jako coś, co ma mi dać dużo przyjemności. Opis obiecywał, że komparatystyka będzie gwarantowała sybaryckie podejście do literatury, wolne od dogmatyzmu. Do tego doszły względy ambicjonalne, bo na „kompararę” było się po prostu najtrudniej ze wszystkich specjalności na Wydziale Polonistyki dostać.
Naprawdę studia miały być tylko przyjemnością?
Niby cały czas czułem, że chciałbym robić coś z literaturą, ale nie miałem pojęcia – co i jak. Gdy byłem małym chłopcem, marzyłem o pisarstwie, ale po dwóch, trzech latach studiów te marzenia ewoluowały. Okazało się, że bardziej „kręci” mnie rozkładanie literatury na czynniki pierwsze. Zacząłem więc szukać drogi, która by mi pozwoliła robić to zawodowo. Ale gdy zdawałem na studia, to o tym zupełnie nie myślałem.
Czy te studia spełniły Pana oczekiwania, przyniosły frajdę?
Zdecydowanie. Były, oczywiście, przedmioty czy zagadnienia, przez które trzeba było po prostu przebrnąć. Bez przyjemności. Ale też z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że również te, które wtedy wydawały mi się absolutną katorgą, dziś są dla mnie bardzo ważne, a nawet dają mi dużo radości. Na przykład, językoznawstwo na studiach w ogóle mnie nie interesowało, a dziś poświęcam tej dziedzinie mnóstwo czasu. Gramatyka opisowa to był dla mnie absolutny dramat, dzisiaj bawię się nią zarówno zawodowo, jak i w czasie wolnym.
Ale zapytał Pan, przede wszystkim, o przyjemność, więc powiem o tak znakomitych przedmiotach jak teoria literatury ze wspaniałą dr Magdaleną Lubelską, która w dużej mierze ukształtowała mnie zawodowo. Zupełnie też nie spodziewałem się, że moją ciekawość rozbudzą, na przykład, zajęcia z literatury staropolskiej, prowadzone przez – wówczas jeszcze doktora – Jakuba Niedźwiedzia. „Staropolka” postrzegana jest często jako przedmiot tyleż trudny, co nudny. Tymczasem doktor, a dziś profesor Niedźwiedź, prowadził zajęcia tak, że przychodziliśmy na nie pełni ekscytacji. Wymienić muszę jeszcze, zajmującą się językoznawstwem kognitywnym i teorią przekładu prof. Elżbietę Muskat-Tabakowską oraz dr. hab. Tomasza Kunza – historyka i teoretyka literatury, krytyka literackiego i świetnego tłumacza.
Jednak to nie była tylko przyjemność. Studia nauczyły mnie myślenia, dostarczyły też sporo narzędzi do pracy. Praca redakcyjna czy uczenie kreatywnego pisania opierają się na wykorzystaniu wiedzy z teorii literatury za pomocą narzędzi z zakresu gramatyki opisowej. Wiem, że brzmię teraz trochę tak, jakby to był zamówiony tekst, który ma nakłonić ludzi, by aplikowali na komparatystykę, ale... ja naprawdę dobrze wspominam te studia. I z ogromną radością wróciłem na nie na trzy lata, by uczyć innych.
Poruszył Pan ważną kwestię: na studiach czasem czegoś nie lubimy, może nam się coś nie podobać, wręcz nas nudzić, ale później okazuje się, że jest nam to bardzo potrzebne, że po latach zmieniliśmy perspektywę.
Dla mnie gramatyka opisowa była przedmiotem do „odbębnienia”. Zmagałem się zresztą z fonetyką, z której kolokwium zdawałem trzy razy. Może też dlatego nadal coś z tej fonetyki pamiętam (śmiech). Dziś ją uwielbiam i bardzo często korzystam z niej w pracy.
A jak rozpoczęło się Pana życie zawodowe?
Na studiach i zaraz po studiach dorabiałem jako freelancer. Pisałem różnego rodzaju teksty reklamowe i marketingowe, robiłem tłumaczenia z angielskiego i tak dalej. Potem udało mi się znaleźć pracę w dziale promocji Wydawnictwa Znak. Choć – od razu zaznaczę – chciałem się dostać raczej do redakcji. W tej pierwszej pracy wydawniczej wytrwałem jakiś rok. Polegała ona również na podróżowaniu z pisarzami i pisarkami, których książki promowałem. Przy okazji tych wyjazdów rozmawiałem z nimi o teorii literatury, o praktyce pisania, ocmoich pomysłach na pewne zmiany, o redakcji. I okazało się, że to moje spojrzenie zarezonowało z kilkoma osobami. Przez nich wieści o „takim młodym, co myśli o pracy z tekstami w taki a taki sposób” dotarły do Marcina Mellera, który wówczas był szefem Wydawnictwa W.A.B. Aon zaproponował mi rozmowę o pracę na wymarzonym stanowisku redaktora. Pojechałem do Warszawy, zawiozłem trzy propozycje książek, które wymyśliłem. Bo też często jest tak, że redaktor wymyśla książki, które ktoś powinien napisać. Dostałem tę pracę i po dwóch tygodniach byłem ponownie w Warszawie.
I Warszawa już Pana pochłonęła?
Tak, w Warszawie utknąłem. I – chociaż może na krakowskich łamach „Alma Mater” nie powinienem tego mówić – polubiłem to miasto, wsiąknąłem w nie. Jest też bardzo wygodne w kontekście podróżowania, a ze względów zawodowych podróżuję dużo. Jeżdżę po kraju z wykładami gościnnymi, ze szkoleniami, z wystąpieniami.
Podróże, o których Pan wspomina, wiążą się także z tym, że zrezygnował Pan z etatu i postanowił działać na własną rękę.
Praca redaktora inicjująco-prowadzącego w wydawnictwie wiąże się, między innymi, z realizacją wielu zadań organizacyjnych, które mnie kompletnie nie bawią. A– co może już wybrzmiało na początku tej rozmowy – w kontekście zawodowym jestem jednak trochę hedonistą. Kalkulacje, kolegia redakcyjne, pilnowanie planu wydawniczego, umów nie sprawiają mi żadnej przyjemności. W pewnym momencie zacząłem też mieć problem z tym, że doba ma 24 godziny i tych dób w tygodniu mieści się ledwie siedem. W ostatnim roku pracy na etacie miałem chyba 70 dni zaległego urlopu. I pamiętam, że w tym właśnie roku wybrałem 40 dni z tego urlopu, żeby mieć czas na... inne prace. 90 procent weekendów również przepracowałem. Trudno było to wszystko pogodzić, dlatego zdecydowałem się na rozstanie z wydawnictwem.
Oczywiście, nadal redaguję książki, lecz robię to z wolnej stopy iw znacznie mniejszej ilości, co z kolei przekłada się na to, że zaczynam powoli odzyskiwać radość z czytania. Bo też w pracy redaktora jest naprawdę mało czasu na czytanie dla przyjemności. Czyta się propozycje wydawnicze, które w ogromnej większości nie nadają się do wydania, „robi się” albo czyta teksty w celu przeszukiwania rynku i poszukiwania autorów.
Czym się Pan teraz zajmuje?
Cóż, nadal redaguję, współpracuję z autorami i autorkami, których wspomagam w procesie kreatywnym. Poza tym zajmuję się pisaniem tekstów publicystycznych, jeżdżę z wykładami gościnnymi, prowadzę szkolenia dla firm: ze storytellingu, skutecznej komunikacji, z języka inkluzywnego, występuję na konferencjach. Pracuję też w telewizji, gdzie z Agatą Passent współprowadzę program o książkach Dobry tytuł, oraz w radiu, w którym jestem jednym z prowadzących audycję Plac na Rozdrożu, a z prof. Katarzyną Kłosińską, również dla Radia 357, nagrywamy autorski podcast o tytule Język niewydarzony.
Skoro mowa o telewizji i radiu, proszę powiedzieć, kim jest gadacz? Takie stanowisko wpisał Pan na swoim profilu na LinkedInie.
Gadacz jest tym, który gada (śmiech). Miałem problem, jak się określić. Bo tak naprawdę... co ja robię w mediach? Gadam. Dziennikarzem nie jestem, nie mam kwalifikacji, nie mam warsztatu. A bardzo nie lubię takiego zawłaszczania tytułów w celu jakiejś autokreacji. Do Placu na Rozdrożu zapraszam ludzi, z którymi rozmawiam na tematy, na których sam się znam, czyli związane z literaturą i językiem. W podcaście prowadzimy z prof. Kłosińską dialog, choć, oczywiście, nie jest to dialog równorzędny. Jestem zatem właśnie gadaczem. Chociaż z kolei w kontekście pracy w telewizji może tę funkcję powinienem zmienić na przepytywacza, bo w Dobrym tytule staramy się oddawać głos osobom, które zapraszamy.
Czasem opowiada Pan o polszczyźnie w niekonwencjonalny sposób, trochę z przymrużeniem oka...
O, i dotknął Pan palącego dla mnie problemu. Jakiś czas temu opublikowano wyniki raportu Wiedza i postawy obywateli europejskich wobec nauki i technologii. I co się okazuje? Szok, zaskoczenie! Ludzie nie ufają dzisiaj nauce. Ba, 32 procent osób uważa, na przykład, że żyliśmy w tych samych czasach co dinozaury! 58 procent twierdzi, że nauka jest zbyt skomplikowana, by cokolwiek z niej zrozumieć. I to jest nasza wina! Myślę, że na łamach tak szacownego pisma jak „Alma Mater” mogę pozwolić sobie na apel, byśmy to zmienili. Prace naukowe nie są pisane dla ludzi. I żeby była jasność: nie postuluję, by rezygnować z fachowych określeń, które pozwalają nam na precyzyjne opisywanie zjawisk. Chodzi mi o to, że w ramach języka naukowego mamy tendencję do komplikowania tego, co proste. Najprostsze rzeczy opisujemy tak, by stawały się niezrozumiałe. Nie na tym powinna polegać nauka. Nie na zaciemnianiu obrazu.
Pamiętam rozmowę z prof. Piotrem Zielonką. Jego praca dyplomowa Giełda a ekonomia na początku została odrzucona przez... tytuł, bo ten był za prosty, każdy mógł go zrozumieć. I tak powstały Behawioralne aspekty inwestowania na rynku papierów wartościowych. To samo, ale napisane tak, by przeciętny zjadacz chleba nie wiedział, o co chodzi. By pokazać mu, że to jest wiedza dla wybranych.
Mam taki ulubiony przykład z mojej dziedziny. Wie Pan, co to jest funkcja poetycka? Funkcja poetycka to jest projekcja zasady ekwiwalencji z osi wyboru na oś kombinacji. Czy to nam cokolwiek mówi? Nic! Nie twierdzę, że nie potrzebujemy określenia „funkcja poetycka”. Potrzebujemy go, również w celach naukowych. A także po to, by w maksymalnie lakoniczny, ale równocześnie precyzyjny sposób odesłać do czegoś, co wymaga szerszego wytłumaczenia. Ale jego definicja powinna nam tłumaczyć, o co w nim chodzi. Bo też definicja z samej swojej definicji powinna wyjaśniać. Anie wyjaśnia. Nie pełni funkcji informatywnej, którą pełnić powinna, lecz funkcję izolatywną. A funkcja poetycka skupia się na tym, jak coś zostało napisane, a nie na tym, co zostało napisane. I to jest bardzo proste, prawda?
I tu wrócę do Pańskiego pytania: staram się mówić o trudnych, a czasem bardzo trudnych zagadnieniach w sposób zrozumiały, bo uważam, że wiedza powinna łączyć, nie dzielić. I jestem zirytowany tym, jak często świat nauki językowo odgradza się od ludzi.
Czy są takie sfery w używaniu języka polskiego, które szczególnie Pana irytują, nie podobają się Panu?
To jest trudne pytanie. Mam wrażenie, że język traktujemy jak eksponat muzealny, który wymaga ciągłej konserwacji. Którego pod żadnym pozorem nie można dotknąć. A jeżeli języka nie będziemy dotykać, to jak będziemy z niego korzystać? Język jest przede wszystkim narzędziem do opisywania rzeczywistości. Rzeczywistości, która cały czas się zmienia, więc ten język też musi się zmieniać, żeby tę ciągle zmieniającą się rzeczywistość oddawać. I jeśli on będzie ewoluował w wyniku oddolnych zmian, które często postrzegamy jako niechlujność czy lenistwo, a niekoniecznie tym są, nie mam zastrzeżeń. Dlatego z większością rzeczy, które ludzi od zawsze wjęzyku irytują, na przykład z formami niepoprawnymi, które stają się poprawne, ze zmianą znaczenia słów, z zapożyczeniami, problemu nie mam.
Są jednak zmiany, które wynikają z ingerencji, na przykład, korporacji. I to faktycznie mnie irytuje. Wielkie korporacje realizują swój interes kosztem polszczyzny, przykładowo poprzez ciągłe rozsiewanie zarazków mianownikozy. „Marcowe premiery na Netflix”, „Napij się Coca-Cola”, „Spotkajmy się pod paczkomat”. A powinno być: na Netfliksie, Coca-Coli, pod paczkomatem! Oczywiście, wiem, że firmy bronią logotypów i chronionej prawnie nazwy, która chroniona jest właśnie tylko w mianowniku. Ale naprawdę wystarczą niewielkie zdolności językowe, by ułożyć komunikat, który nie będzie wymagał formy innej niż mianownikowa. To wszystko pogłębione jest przez wpływ mediów społecznościowych, na których – jeśli kogoś lub coś oznaczamy – pojawia się właśnie forma nieodmienna. I tak fleksja, która jest immanentną częścią języka polskiego, może zacząć zanikać.
Pana publiczne występy nie zawsze są konwencjonalne. Jak reagują na nie odbiorcy?
Przeważnie pozytywnie. Ale, oczywiście, spotykam się też ze zjawiskiem hejtu, choć on nie wynika z tego, jak mówię, lecz z tego, co mówię. Okazuje się, że język, feminatywy na przykład, bardzo ludzi „grzeje”. Przy okazji pozwolę sobie nadmienić, że to, że występuję publicznie, wogóle jest efektem przypadku. Nigdy nie chciałem tego robić, bo mam naturę „piwniczaka”. Chętniej siedziałbym po cichu w źródłach. Ale jednak zdarzyło się, niestety, tak, że przygotowałem kiedyś wystąpienie właśnie o feminatywach i... się zaczęło.
Wróćmy jeszcze do polonistyki na UJ. Wspomniał Pan, że te studia dały Panu dużo radości, powiedział Pan też o wiedzy, którą Pan wtedy zdobył i wciąż z niej korzysta. Tymczasem w niektórych Pana wystąpieniach pojawia się hasło: Wiecie, co jest największym wyzwaniem w życiu? Znaleźć pracę po polonistyce. Prawda czy przekora?
Przekora oczywiście. Granie stereotypem. Kariery ludzi, z którymi studiowałem, poszły w bardzo różnych kierunkach. Ale mogły pójść w różną stronę właśnie dlatego, że te studia uczyły przede wszystkim myślenia, korzystania ze źródeł, składania w całość. A to się przydaje wszędzie. Te żarty są bardziej z siebie. Bo najlepiej, najłatwiej i najprzyjemniej śmieje się z samego siebie.
Studia komparatystyczne, oprócz zdobycia konkretnej wiedzy, pozwoliły Panu również poszerzyć horyzonty, zyskać szerszą perspektywę?
Jak najbardziej. Ponadto, na komparatystyce wspaniałe było to, że każdy mógł wybrać sobie bloki komparatystyczne dopasowane do potrzeb. Dzięki temu mogliśmy iść w kierunku, który nam się podobał, co niewątpliwie było intelektualnie stymulujące. Pokazywało też, że literaturą można zajmować się z różnych stron i przez literaturę można zajmować się różnymi rzeczami.
W wyborze ścieżki kariery kierujemy się wieloma, czasem bardzo różnymi motywacjami, ale Pan jest najlepszym przykładem, że warto robić to, co się lubi, bo wtedy satysfakcja z wykonywania kolejnych zadań, realizowania kolejnych wyzwań, jest największa...
Nie będę się wypowiadał na temat tego, czy to jest dobra droga. Nie jestem ekspertem od dróg (śmiech). Sam faktycznie zawsze staram się robić to, co lubię. Ale też chciałbym, aby to wybrzmiało: praca stanowi około 80 procent mojego życia. Jeśli więc ktoś zamierza podjąć takie wyzwanie, warto, by zastanowił się, czy chce, aby tak wyglądało to w jego przypadku.
Rozmawiał Piotr Rapciak
Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, zapraszamy do wypelnienia formularza.